sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział V

Moja pierwsza reakcja na magiczną naturę Amandy to totalne zaskoczenie. Zaraz potem ekscytacja i w pewnym stopniu ulga, że nie jestem sama, że mogę być z nią szczera, że mnie zrozumie.
Mimo wczesnej pory żadna nie chciała spać. Usiadłyśmy na kanapie od początku wszystko sobie opowiadając. Dowiedziałam się, że jest w podobnej sytuacji. Żyje sama, bo jej mąż został zamordowany rok temu w starciu z jednym ze śmierciożerców. Jednak po wysłuchaniu mojej historii stwierdziła, że ja też jestem w kiepskiej sytuacji.
-Lily, co teraz zrobisz?
Potarłam czoło i westchnęłam.
-Zapomnę o nim - Właśnie to powinnam zrobić. Zapomnieć, tak jak mówiła Narcyza.
-Nie zgadzam się.
Uniosłam brwi.
-Co?
-Lily... - złapała moje dłonie w swoje - o miłość zawsze trzeba walczyć.
Zamknęłam oczy i westchnęłam. Pomyślałam o tym, że Severus teraz cierpi, nie wiadomo jak daleko stąd, że go męczą, torturują, lub może już go zabili.
Przeszły mnie dreszcze. Otworzyłam oczy.
-Jeśli żyje, to myśli, że ja nie żyję. Ta miłość umarła - wyszeptałam z bólem.
Amanda pokręciła głową.
-Ta miłość nie umrze nigdy, choćbyście oboje leżeli już w trumnach - uśmiechnęła się słabo. -Lily, znajdź go.
Zmrużyłam oczy.
-Severus jest teraz gdzieś daleko, i robi coś złego dla śmierciożerców. To nie ma prawa się udać.
-Jesteś uparta - Amanda wstała i ruszyła w stronę schodów - straciłam Jake'a. Gdyby żył, robiłabym wszystko, by znów był ze mną.
Na te słowa odwróciła się i poszła do swojego pokoju.
Opadłam na oparcie kanapy. Nie umiałam sobie tego wyobrazić. Szukać Severusa, z nikłą nadzieją, że jeszcze żyje, lub wywiązał się z zadania, które dostał od śmierciożerców. Nie widziałam ani sensu, ani szansy na szczęśliwe zakończenie. Muszę się z tym pogodzić. Severus i ja nie jesteśmy sobie pisani. Muszę kogoś poznać, i zacząć życie na nowo.
Od porannej rozmowy, Amanda nie poruszała tego tematu, a ja byłam jej za to wdzięczna. Postanowiłam zapomnieć, i tego się trzymałam. Chodziłam do pracy, pomagałam Amandzie w sprzątaniu domu, i żyłam jak każdy inny.
Każdego wieczoru zastanawiałam się co się stało z Luną. Czy jej ojciec poczuł, że coś jest nie tak i wrócił szybciej do domu, czy dziewczynce coś się stało? Ciarki przechodziły po moim ciele, gdy wyobraziłam sobie blondyneczkę samą w domu, płaczącą za matką. Jednak nie mogłam wrócić, nawet nie wiedziałam jak, ich dom odporny był na podstawową magię, w tym deportację.
W pewien wyjątkowo deszczowy dzień, kiedy klienci w restauracji przesiadywali dwa razy dłużej niż zwykle, miałam ogromną ochotę wrócić do domu, położyć się do łóżka i nie wychodzić. Krople deszczu spływały powoli po szybach, jakby ścigając się ze sobą. W pomieszczeniu był duży gwar, ludzie, mimo pogody, śmiali się i żartowali. A ja biegałam od stolika do stolika, starając się wszystkich obsłużyć. Zaczęły boleć mnie nogi, i w głowie mi dudniło od tego hałasu. Kiedy miałam sekundę, żeby usiąść, nagle jakiś chłopak podniósł rękę, gestem mnie przywołując. Zebrałam zamówienie i poszłam do kuchni.
-Cztery duże lemoniady.
Powiedziałam z trudem oddychając. Kucharka spojrzała na mnie z politowaniem.
-Czemu szef nie zatrudni kogoś do pomocy? - spytała z wyrzutem i zabrała się za wlewanie lemoniady do szklanek.
Pokręciłam głową.
-Dam sobie radę - zamrugałam kilka razy i przywróciłam ostrość obrazu przed oczami. Złapałam tacę i przeszłam do drugiego pomieszczenia. Zaczęłam lawirować między stolikami, by dostać się na drugi koniec. Zauważyłam, że jeden z chłopaków z przedostatniego stolika podstawia mi nogę. Nie zdążyłam się zatrzymać i runęłam jak długa do przodu. Wszystkie napoje wylały się na stolik, oraz mężczyzn siedzących przy nim. Zerwali się i zaczęli krzyczeć. Wykręciłam fartuch i stanęłam na przeciwko tego, który wypadek spowodował. Spojrzałam mu prosto w oczy.
-Gratuluję - wyszeptałam i pobiegłam po mopa. Cała sala ucichła, wpatrywali się w grupę znajomych, którzy zbierali się do wyjścia. Podeszłam do stolika i zaczęłam zbierać lemoniadę. Czułam jak palą mnie policzki, i miałam ochotę zniknąć. Ludzie powoli zaczęli wracać do swoich rozmów, gwar znów przybrał na sile. Usłyszałam rozmowę chłopaków, którzy już stali przy wyjściu, jednak mówili po hiszpańsku, a ja wciąż nie radziłam sobie z tym językiem. Po chwili ktoś kucnął obok mnie i wziął ode mnie szczotkę.
-Pomogę - powiedział z hiszpańskim akcentem, jednak po angielsku.
Wspólnie zebraliśmy wszystko, co się rozlało. Złapałam szklanki i odstawiłam na tacę.
-Dziękuję - chłopak machnął ręką. Dopiero teraz zauważyłam, że był to jeden z tej bandy, która chwilę temu wyszła. Miał rozczochrane, brązowe loki, zielone oczy i piękny uśmiech. Przełknęłam ślinę.
-Ty i ja, sobota, dziesiąta? - zaśmiałam się serdecznie, słysząc jego łamany angielski. Domyśliłam się, że ciężko mu mówić po angielsku. Pokiwałam głową i odwróciłam się, by odnieść tacę ze szklankami.

~*~

oto i piąty rozdział.
wiem, że nic ciekawego się tu nie stało, jednak nie w każdym rozdziale może dziać się coś ekscytującego, bohaterowie też potrzebują odetchnąć ;) 
mam nadzieję, że nie jesteście na mnie źli, za tak długą przerwę - jestem pewna, że większość z Was myśli, że opuściłam tego bloga - a jednak!
jestem ogromnie zaskoczona ilością wejść! ponad dwa razy więcej niż kiedy pisałam poprzedni rozdział - to znaczy, że mimo braku odzewu, wciąż sprawdzaliście, czy coś nowego się nie pojawiło, a może i dużo osób zaczęło czytać. W każdym razie jestem niesamowicie szczęśliwa widząc tak dużą liczbę wejść. dziękuję :>

Pozdrawiam, Nita.