Muszę przyznać, że słowa Pablo przywołały na moje ciało ciarki. Ostatnimi czasy tyle razy otarłam się o śmierć, a wciąż świadomość jej wywoływała u mnie okropne uczucia. Miałam wrażenie, że to nigdy nie minie - że będę się bała umierania już zawsze. Czy to źle? Kiedy byłam przetrzymywana przez Śmierciożerców jedyne czego chciałam to umrzeć, miałam dość tego co się tam działo. Teraz co innego chodziło mi po głowie - głęboko w sobie czułam, że Pablo nic mi nie zrobi. Może i to naiwne, ale jak mogłabym wierzyć, że mężczyzna, którego kocham, i który kocha mnie, zrobiłby coś by mnie zranić.
"A Severus?" cichy głosik w mojej głowie znów musiał się wtrącić.
Severus nie wiedział co robi. To nie była jego wina... oh kogo ja próbuję oszukać, to przez Severusa zostałam porwana i torturowana, przez niego musiałam zmienić nazwisko i wyjechać do Hiszpanii. To wszystko była jego wina. Czułam nienawiść, rodzącą się w moim sercu.
Usłyszałam kroki. Podniosłam głowę i ujrzałam Amandę. Powoli rozwiązała mi ręce, a ja natychmiast zaczęłam rozcierać sobie nadgarstki.
-Co się do cholery dzieje? - warknęłam.
Dziewczyna westchnęła I spojrzała na mnie smutno.
-Lily, chodzi o twoje dobro - wyszeptała.
Milczałam, a z moich oczu wręcz trzaskały błyskawice.
-Wszystko ci powiemy, ale nie teraz. Wciąż nie jesteś bezpieczna. Twoja sypialnia jest gotowa na górze, pokój numer pięć. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, będziemy w salonie - tak po prostu... odwróciła się i wyszła. Miałam ochotę czymś w nią rzucić, ale w piwnicy nie było nic, kompletnie nic. Uderzyłam otwartą dłonią w ścianę, a do moich oczu cisnęły się łzy. Nie pozwoliłam im płynąć, mimo że miałam ochotę. Rozejrzałam się po piwnicy, a wspomnienia znów mnie dopadły. Chwile, kiedy ból ogarniał całe moje ciało, głośny śmiech ludzi, którym moje cierpienie sprawiało radość, zielone światło i martwe spojrzenie pani Lovegood. Od kiedy poznałam Pablo, te wspomnienia nie wracały, a teraz...
Potrzasnęłam głową, starając się odgonić myśli. Postanowiłam posłuchać Amandy I powoli ruszyłam po schodach, otworzyłam drzwi i weszłam do słabo oświetlonego korytarza. Usłyszałam szepty, dochodzące z salonu. W pierwszej chwili chciałam iść do nich, żądać wyjaśnień, ale nie miałam na to siły. Zaczęłam szukać pokoju numer pięć. Minęłam kilka dębowych drzwi, aż stanęłam przed tymi, których szukałam. Poczułam zaciekawienie tym, co zastanę w środku. Może zwykły, nudny pokój, ale miałam wrażenie, że tym razem będę zaskoczona.
Pchnęłam drzwi i otworzyłam szeroko oczy, oszołomiona.
Pokój wyglądał jak z amerykańskiego filmu - wielkie łoże, jasne meble, wielkie okno, a za nim widok na plażę i morze. Na chwilę zwątpiłam... przecież jesteśmy w lesie.
Z sufitu wisiał diamentowy żyrandol, a ściany przyozdabiały piękne kwiaty, narysowane pewnie jakimś szablonem. Weszłam głębiej, a gdy się odwróciłam, mało nie krzyknęłam z zachwytu. Cała ściana była wymalowana mną i Pablo w różnych sytuacjach - kiedy siedzieliśmy nad jeziorem i patrzyliśmy sobie w oczy, jak siedzieliśmy na tarasie u jego rodziców i graliśmy w karty, a na środku oświadczyny. Jakby ktoś zrobił nam zdjęcia, a potem je wszystkie połączył w jedno i namalował na ścianie. I chyba czułam kto to zrobił... i byłam naprawdę zaskoczona, może nawet poczułam się szczęśliwa?
Wzięłam wdech i podeszłam do okna. Powoli przejechałam dłonią po szybie.
-To nie jest prawdziwy widok - usłyszałam męski głos. Gwałtownie się odwróciłam. - Mój kolega od efektów specjalnych to zrobił. Wygląda jakby się mieszkało na plaży, i mimo że całe okno jest zasłonięte, światło dzienne normalnie dochodzi do pokoju.
Uśmiechnął się. Ten jego uśmiech wciąż działał na mnie tak samo. Jednak tym razem nie uległam. Spojrzałam na niego ze złością.
-Chcę wiedzieć...
-Nie możesz - przerwał mi cicho - jeszcze nie teraz.
-Wyjdź...
-Lily...
-Wyjdź! - krzyknęłam - nie obchodzi mnie to skąd wiesz jak mam naprawdę na imię, ani dlaczego tu jestem! - łzy znów cisnęły się do moich oczu, ale poraz kolejny nie dałam im płynąć. -Już wiem, że cały czas mnie okłamywaliście, nie chcę wiecej tego słuchać!
Pablo uniósł dłonie w poddańczym geście i wyszedł z pokoju.
Usiadłam na łóżku i zamrugałam kilka razy powiekami.
Sama już nie wiedziałam jakie uczucia w sobie dusiłam - złość, strach, zawód na ludziach, którym ufałam - wszystko w jednym. Miałam wrażenie, że mój umysł zaraz eksploduje. Opadłam na łóżko całym ciałem i zamknęłam oczy. Tak bardzo chciałabym mieć normalne życie...
Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami wejściowymi i kilka męskich głosów. Zaciekawiona wstałam I zajrzałam do korytarza, nasłuchując. Rozmawiali, co chwilę wybuchając śmiechem, jednak nic nie rozumiałam. Musiałam podejść bliżej. Najpierw chciałam się ukrywać, a potem stwierdziłam, że to nie ma sensu, nie jestem jakąś niedojrzałą nastolatką. Weszłam pewnym krokiem do salonu.
Pomieszczenie było ogromne, bogato ozdobione - szklane półki, jakieś puchary i medale, błyszcząca podłoga... na fotelach i kanapie siedzieli goście.
Pablo wstał i stanął obok mnie.
-Lily, to są moi przyjaciele, którzy będą nam pomagać cie chronić - wskazał na mężczyznę w brązowych lokach - To Ash, nasz bad boy, który jednak czasem okazuje trochę uczuć - uśmiechnął się do kumpla, który odwzajemnił uśmiech. - Connor - wskazał na blondyna z szerokim uśmiechem - jakbyś miała zły humor on zawsze ci go poprawi - nadszedł czas na chłopaka w niebieskich włosach - Mike, kiedy dostaje w ręce gitarę jest szaleńcem, ale w rzeczywistości to największy romantyk - przeniosłam wzrok na ostatniego chłopaka i aż mnie zamurowało - Tris, jest najbardziej spokojny z nas wszystkich, gardzi przemocą i tak dalej... - machnął ręką i zaśmiał się.
Mi nie było do śmiechu. Temu, który gardzi przemocą, największą radość sprawiało torturowanie mnie gdy byłam w Kwaterze Śmierciożerców...
~*~
Tadam.
Wiem, trochę się spóźniłam z tym rozdziałem, ale wiecie... szkoła i te sprawy. Szczególnie, że ja zaczęłam nowy rozdział w moim życiu, dlatego chcę żeby wszystko było tak jak być powinno.
Nie zostawię pisania, na pewno nie... ale prawda jest taka, że nie mam kontroli nad tym, kiedy mam wenę a kiedy nie... musicie mi to wybaczyć.
Rozdział jest krótki, ale nie umiałam inaczej tego zrobić. Lepiej żeby był krótki, niż żeby pojawił się później, prawda?
Pozdrawiam, Nita