piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział X

Muszę przyznać, że słowa Pablo przywołały na moje ciało ciarki. Ostatnimi czasy tyle razy otarłam się o śmierć, a wciąż świadomość jej wywoływała u mnie okropne uczucia. Miałam wrażenie, że to nigdy nie minie - że będę się bała umierania już zawsze. Czy to źle? Kiedy byłam przetrzymywana przez Śmierciożerców jedyne czego chciałam to umrzeć, miałam dość tego co się tam działo. Teraz co innego chodziło mi po głowie - głęboko w sobie czułam, że Pablo nic mi nie zrobi. Może i to naiwne, ale jak mogłabym wierzyć, że mężczyzna, którego kocham, i który kocha mnie, zrobiłby coś by mnie zranić.
"A Severus?" cichy głosik w mojej głowie znów musiał się wtrącić.
Severus nie wiedział co robi. To nie była jego wina... oh kogo ja próbuję oszukać, to przez Severusa zostałam porwana i torturowana, przez niego musiałam zmienić nazwisko i wyjechać do Hiszpanii. To wszystko była jego wina. Czułam nienawiść, rodzącą się w moim sercu.
Usłyszałam kroki. Podniosłam głowę i ujrzałam Amandę. Powoli rozwiązała mi ręce, a ja natychmiast zaczęłam rozcierać sobie nadgarstki.
-Co się do cholery dzieje? - warknęłam.
Dziewczyna westchnęła I spojrzała na mnie smutno.
-Lily, chodzi o twoje dobro - wyszeptała.
Milczałam, a z moich oczu wręcz trzaskały błyskawice.
-Wszystko ci powiemy, ale nie teraz. Wciąż nie jesteś bezpieczna. Twoja sypialnia jest gotowa na górze, pokój numer pięć. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, będziemy w salonie - tak po prostu... odwróciła się i wyszła. Miałam ochotę czymś w nią rzucić, ale w piwnicy nie było nic, kompletnie nic. Uderzyłam otwartą dłonią w ścianę, a do moich oczu cisnęły się łzy. Nie pozwoliłam im płynąć, mimo że miałam ochotę. Rozejrzałam się po piwnicy, a wspomnienia znów mnie dopadły. Chwile, kiedy ból ogarniał całe moje ciało, głośny śmiech ludzi, którym moje cierpienie sprawiało radość, zielone światło i martwe spojrzenie pani Lovegood. Od kiedy poznałam Pablo, te wspomnienia nie wracały, a teraz...
Potrzasnęłam głową, starając się odgonić myśli. Postanowiłam posłuchać Amandy I powoli ruszyłam po schodach, otworzyłam drzwi i weszłam do słabo oświetlonego korytarza. Usłyszałam szepty, dochodzące z salonu. W pierwszej chwili chciałam iść do nich, żądać wyjaśnień, ale nie miałam na to siły. Zaczęłam szukać pokoju numer pięć. Minęłam kilka dębowych drzwi, aż stanęłam przed tymi, których szukałam. Poczułam zaciekawienie tym, co zastanę w środku. Może zwykły, nudny pokój, ale miałam wrażenie, że tym razem będę zaskoczona.
Pchnęłam drzwi i otworzyłam szeroko oczy, oszołomiona.
Pokój wyglądał jak z amerykańskiego filmu - wielkie łoże, jasne meble, wielkie okno, a za nim widok na plażę i morze. Na chwilę zwątpiłam... przecież jesteśmy w lesie.
Z sufitu wisiał diamentowy żyrandol, a ściany przyozdabiały piękne kwiaty, narysowane pewnie jakimś szablonem. Weszłam głębiej, a gdy się odwróciłam, mało nie krzyknęłam z zachwytu. Cała ściana była wymalowana mną i Pablo w różnych sytuacjach - kiedy siedzieliśmy nad jeziorem i patrzyliśmy sobie w oczy, jak siedzieliśmy na tarasie u jego rodziców i graliśmy w karty, a na środku oświadczyny. Jakby ktoś zrobił nam zdjęcia, a potem je wszystkie połączył w jedno i namalował na ścianie. I chyba czułam kto to zrobił... i byłam naprawdę zaskoczona, może nawet poczułam się szczęśliwa?
Wzięłam wdech i podeszłam do okna. Powoli przejechałam dłonią po szybie.
-To nie jest prawdziwy widok - usłyszałam męski głos. Gwałtownie się odwróciłam. - Mój kolega od efektów specjalnych to zrobił. Wygląda jakby się mieszkało na plaży, i mimo że całe okno jest zasłonięte, światło dzienne normalnie dochodzi do pokoju.
Uśmiechnął się. Ten jego uśmiech wciąż działał na mnie tak samo. Jednak tym razem nie uległam. Spojrzałam na niego ze złością.
-Chcę wiedzieć...
-Nie możesz - przerwał mi cicho - jeszcze nie teraz.
-Wyjdź...
-Lily...
-Wyjdź! - krzyknęłam - nie obchodzi mnie to skąd wiesz jak mam naprawdę na imię, ani dlaczego tu jestem! - łzy znów cisnęły się do moich oczu, ale poraz kolejny nie dałam im płynąć. -Już wiem, że cały czas mnie okłamywaliście, nie chcę wiecej tego słuchać!
Pablo uniósł dłonie w poddańczym geście i wyszedł z pokoju.
Usiadłam na łóżku i zamrugałam kilka razy powiekami.
Sama już nie wiedziałam jakie uczucia w sobie dusiłam - złość, strach, zawód na ludziach, którym ufałam - wszystko w jednym. Miałam wrażenie, że mój umysł zaraz eksploduje. Opadłam na łóżko całym ciałem i zamknęłam oczy. Tak bardzo chciałabym mieć normalne życie...
Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami wejściowymi i kilka męskich głosów. Zaciekawiona wstałam I zajrzałam do korytarza, nasłuchując. Rozmawiali, co chwilę wybuchając śmiechem, jednak nic nie rozumiałam. Musiałam podejść bliżej. Najpierw chciałam się ukrywać, a potem stwierdziłam, że to nie ma sensu, nie jestem jakąś niedojrzałą nastolatką. Weszłam pewnym krokiem do salonu.
Pomieszczenie było ogromne, bogato ozdobione - szklane półki, jakieś puchary i medale, błyszcząca podłoga... na fotelach i kanapie siedzieli goście.
Pablo wstał i stanął obok mnie.
-Lily, to są moi przyjaciele, którzy będą nam pomagać cie chronić - wskazał na mężczyznę w brązowych lokach - To Ash, nasz bad boy, który jednak czasem okazuje trochę uczuć - uśmiechnął się do kumpla, który odwzajemnił uśmiech. - Connor - wskazał na blondyna z szerokim uśmiechem - jakbyś miała zły humor on zawsze ci go poprawi - nadszedł czas na chłopaka w niebieskich włosach - Mike, kiedy dostaje w ręce gitarę jest szaleńcem, ale w rzeczywistości to największy romantyk - przeniosłam wzrok na ostatniego chłopaka i aż mnie zamurowało - Tris, jest najbardziej spokojny z nas wszystkich, gardzi przemocą i tak dalej... - machnął ręką i zaśmiał się.
Mi nie było do śmiechu. Temu, który gardzi przemocą, największą radość sprawiało torturowanie mnie gdy byłam w Kwaterze Śmierciożerców...

~*~

Tadam.
Wiem, trochę się spóźniłam z tym rozdziałem, ale wiecie... szkoła i te sprawy. Szczególnie, że ja zaczęłam nowy rozdział w moim życiu, dlatego chcę żeby wszystko było tak jak być powinno.
Nie zostawię pisania, na pewno nie... ale prawda jest taka, że nie mam kontroli nad tym, kiedy mam wenę a kiedy nie... musicie mi to wybaczyć.
Rozdział jest krótki, ale nie umiałam inaczej tego zrobić. Lepiej żeby był krótki, niż żeby pojawił się później, prawda?

Pozdrawiam, Nita

sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział IX

Kiedy wstałam, od razu tworzyłam w głowie scenariusze, w których wyniku miałabym zdobyć uprawnienia do pracowania w kuchni. Właściwie mogłabym zaczarować właściciela restauracji, bez załatwiania papierów... jednak wolałam nie. Jeśli muszę do końca życia zachowywać się jak mugol, powinnam mieć jakąś podstawę.
Po śniadaniu pożegnałam się z Amandą, złapałam torebkę i wyszłam z domu. Wsiadłam do autobusu. Zdecydowanie wolałam jeździć niż się teleportować. Już nie chodziło o to, że mógłby mnie ktoś przyłapać - za każdym razem jak jechałam, skupiałam się na migających obok budynkach, drzewach, mogłam odpłynąć w marzenia, tworzyć w głowie różne historie. Jadąc, zawsze też obserwuję ludzi, i dorabiam im historie. Z pewnością żadna ani trochę nie jest podobna do prawdziwych, jednak to nie miało znaczenia.
Wysiadłam przed moim miejscem pracy, i pewnym krokiem weszłam do środka. Minęłam stoliki, potem ladę, aż znalazłam się na zapleczu. Mój szef siedział na kanapie, przeglądając jakieś papiery. Kiedy weszłam, uniósł głowę.
-Co się stało? Problem z klientem?
Pokręciłam głową i wzięłam głęboki wdech.
-Zwalniam się.
Mężczyzna wstał i podszedł do mnie, zatrzymując się zaledwie kilka kroków.
-Nie możesz mi tego zrobić.
-Nie mam wyjścia - położyłam na stole wypowiedzenie. -Jestem pewna, że kogoś pan znajdzie...
Widać było, że zdenerwowała go moja decyzja. Złapał mnie za włosy tak, że mogłam ujrzeć Mroczny Znak na jego przedramieniu. Jęknęłam upadając na podłogę. Doczołgałam się pod szafę, wyciągając zza koszuli różdżkę. Wystrzeliłam zaklęcie rozbrajające i wybiegłam z restauracji. Wsiadłam do pierwszego lepszego autobusu i pojechałam przed siebie.
Kiedy znalazłam się w dzielnicy, której zupełnie nie rozpoznawałam, zdecydowałam się wysiąść - nie wiadomo jak daleko bym jeszcze zajechała. Rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiejś informacji, jednak niczego w zasięgu mojego wzroku nie było. Dopiero zwróciłam uwagę na przyspieszone bicie mojego serca i oddech, który był zdecydowanie nierówny. Spróbowałam się uspokoić i dopiero wtedy mogłam zacząć myśleć nad tym co się stało. Mój szef okazał się Śmierciożercą... Pytanie czy to przypadek. Raczej nie, przecież gdyby mnie nie znał, nie zareagowałby tak na moje odejście. Musiał być przez kogoś wysłany, i nawet wiem przez kogo. Przez cały czas mnie obserwował, od kiedy myślałam, że uwolniłam się od mojej przeszłości. Okazało się, że moja przeszłość tak naprawdę wcale mnie nie opuściła. Szła za mną krok w krok, czekając na odpowiedni ruch, by się pokazać ponownie.
"Od przeszłości nie uciekniesz" usłyszałam w swojej głowie, i niestety musiałam się z tym zgodzić.
Ruszyłam przed siebie, czując się coraz mniej pewnie. Otaczały mnie stare kamienice, nie było tu praktycznie żadnych miejsc publicznych, jeśli nie licząc starych pubów, które nie zachęcały do odwiedzin.
Usłyszałam za sobą kroki, żołądek podszedł mi do gardła, a nogi nawiedziły mrówki. Obejrzałam się i ujrzałam mężczyznę w dresie i bluzie. Na głowę zarzucony miał kaptur, jednak podświadomie wiedziałam, że jest to ktoś młody. Przyspieszyłam kroku, jednak chłopak również. Nawiedziły mnie obrazy z dni, które spędziłam w Kwaterze Śmierciożerców, i poczułam zimną falę potu zalewającą moje ciało. Zaczęłam biec, I skręciłam w jakąś uliczkę. Wyciągnęłam różdżkę - czas na ostateczne wyjście - i teleportowałam się do domu.
Na szczęście Amandy nie było. Zamknęłam wszystkie wyjścia i opadłam na kanapę.
-Uspokój się - powiedziałam do siebie i zamknęłam oczy, by posłuchać własnej rady. Kiedy poczułam, że serce zaczęło bić normalnym rytmem, wstałam i poszłam zrobić obiad.
Kiedy moja przyjaciółka wróciła, opowiedziałam jej wszystko co mnie spotkało. Patrzyła na mnie z otwartą buzią, pewnie nie zauważając, że jej widelec z jedzeniem zatrzymał się w powietrzu.
-Spokojnie, może to zbieg okoliczności - powiedziała po chwili. -Nie dajmy się zwariować.
Tej nocy naprawdę nie mogłam zasnąć.

Następnego dnia obudziła mnie Amanda. Przyniosła mi kubek z kawą. Przewróciłam się na drugi bok, mamrocząc pod nosem żeby sobie poszła. Ona jednak uparcie siedziała na krześle i wpatrywała się we mnie, póki na nią nie spojrzałam.
-Co?
Dziewczyna westchnęła i podsunęła mi kubek bliżej. Wciąż milczała jak zaklęta. Wypiłam powoli kawę, z towarzyszącym zniecierpliwionym szukaniem długich paznokci Amandy o półkę. W końcu odłożyłam kubek i spojrzałam na nią nieco zirytowana.
-O co chodzi?
-Lily, chcielibyśmy żebyś pojechała z nami w pewno miejsce.
-Z kim jeszcze?
-Z Pablo.
Przez chwilę milczałam, zupełnie zdezorientowana. Najwyraźniej mój mózg się jeszcze do końca nie obudził, i nie łączył wątków.
-Nie rozumiem.
-Wycieczka - rzuciła zniecierpliwiona. Po jej zachowaniu wyczułam, że to nie będzie zwykła "wycieczka". Szybko się ubrałam w standardowe krótkie spodenki i t-shirt, po czym wyszłam z pokoju. Na dole stała moja walizka, a obok niej Pablo. Opierał na niej dłoń.
-Chodźcie - złapał mnie za ramię, trochę zbyt natarczywie pchnął mnie do przodu. Stanęłam dosłownie przed progiem i spojrzałam na niego z lekkim wyrzutem.
-Pablo coś mi tu nie gra.
Nie zdążyłam się zorientować co chce zrobić, a już wisiałam na jego ramieniu, przerzucona jak worek ziemniaków. Zaczęłam go bić po plecach, krzyczeć żeby mnie puścił, ale to nic nie dało. Po kilku sekundach siedziałam na tylnym siedzeniu, a obok mnie rzucili walizkę. Pablo usiadł za kierownicą, a Amanda po stronie pasażera.
-Chcę do cholery wiedzieć co się dzieje! - krzyknęłam i złapałam dziewczynę za włosy.
-Wariatko przestań! - jęknęła z bólu i złapała mnie za nadgarstek.
-To jest porwanie, nie chce nigdzie z wami jechać.
Amanda wykręciła mi rękę i pchnęła mnie do tylu.
-To dla twojego dobra - wyciągnęła różdżkę i jednym machnięciem mnie związała. Nie miałam pojęcia co zrobić, byłam totalnie bezsilna. Nie odezwałam się ani słowem do końca drogi.
Wjechaliśmy w jakieś pole, wokół były tylko lasy, żadnej cywilizacji. Zatrzymaliśmy się pod starym, zniszczonym domem. Zostałam wyciągnięta przez Pablo i ponownie przerzucona przez ramię. Zaczął mnie boleć żołądek. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy i starego siana. Jako dziecko uwielbiałam te zapachy, kojarzyły mi się z beztroskim latem na wsi u dziadków.
Kiedy znaleźliśmy się w domu, zostałam zaniesiona do piwnicy. Tam Pablo położył mnie na przeniesionym wcześniej końcu.
Spojrzałam w jego oczy.
-Ufałam ci - wyszeptałam ze łzami w oczach. -Zaufałam ci, mieliśmy się pobrać... A ty...
Położył mi wskazujący palec na ustach.
-Lily nie zrobię ci krzywdy. Jesteś tu po to, byśmy mogli cie ochronić.
Prychnęłam i zrobiłam sceptyczną minę.
-Ciekawe przed czym.
-Przed śmiercią w torturach.

~*~

Nie wiem czy ten rozdział jest tak długi jak byście chcieli, nie umiem ocenić tego na telefonie. W każdym razie jest taki jaki jest. Starałam się dodać więcej opisów, nie wiem czy mi się to udało - ale musiałam też dodać akcje. Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam.
Ten rozdział napisałam w... godzinę. Może dlatego wydaje mi się dziwny. Ale naprawdę nie mam pomysłu na to opowiadanie. Staram się jak mogę. Z pewnością niedługo się zakończy, ale sama nie wiem jak.
Jeśli macie pytania, czy prośby, śmiało piszcie w komentarzach bądź na maila nitastyles3@gmail.com

Pozdrawiam, Nita

piątek, 1 sierpnia 2014

Rozdział VIII

Poczułam przyspieszone bicie serca. Akurat w takim momencie muszę mieć jakieś przebłyski z przeszłości. Szczerze mówiąc głos Severusa w mojej głowie nie był potrzebny. Wbrew mnie? Postanowiłam podjąć decyzję która mnie uszczęśliwi.
-Tak - wyszeptałam, pozwalając by założył na mój palec pierścionek. Porwał mnie w ramiona i pocałował w czoło.
-Cieszę się, że cię mam.
Wieczorem usiedliśmy w ogrodzie, wpatrując się w gwiazdy. W pewnym momencie Pablo założył mi kosmyk włosów za ucho i przesunął swoje usta bliżej mojego policzka.
-Boisz się śmierci? - wyszeptał.
Moje serce przyspieszyło.
-Ludzie boją się śmierci, bo jej nie znają.
-A ty, Maddie, boisz się?
Pokręciłam głową. Udałam zwiewnięcie i wstałam.
-Jestem zmęczona. Idę spać - pocałowałam go szybko w policzek, i ruszyłam w stronę domu.
W nocy miałam kolejny koszmar. Stałam nad swoim martwym ciałem i chichotałam zupełnie nie swoim głosem. Wyjęłam różdżkę i podeszłam do innego ciała, leżącego na brzuchu. Powoli przewróciłam ciało na plecy. Był to mężczyzna - rozpoznałam po budowie ciała. Miał zakrwawioną twarz tak, że ciężko było go rozpoznać. Jednym ruchem różdżki oczyściłam krew i znów wybuchnęłam przeraźliwym śmiechem. Na podłodze leżał Pablo.
Obudziłam się z krzykiem.
-Maddie, kochanie, co się stało? - wymamrotał mój narzeczony, otwierając oczy.
Wyrównałam oddech i położyłam się, przytulając się do niego.
-Zły sen - mruknęłam. - Tylko sen.
Zamknęłam oczy, jednak nie mogłam zasnąć.  Wsłuchałam się w płynny oddech Pablo jak w kołysankę. To pomogło mi usunąć.
Kiedy wstałam, zostałam puste łóżko. Spięłam włosy w luźnego koka i poszłam do łazienki. Przemyłam twarz i spojrzałam w swoje zielone oczy. Tylko one zostały po dawnej Lily. Juz nie byłam tą samą osobą co kiedyś. I zaczynałam mieć wrażenie, że nie idzie to w dobrym kierunku.
Kiedy ubrałam się w czarne dresy i najluźniejszą koszulkę jaką miałam, zeszłam na dół.
Mama Pablo siedziała w salonie na kolorowej macie, w pozycji do medytacji. Na odgłos moich kroków otworzyła oczy.
-Dzień dobry - przywitałam się i usiadłam na oparciu sofy.
-Witaj, złotko - uśmiechnęła się. -Jak się spało?
-Dobrze... - wymusiłam na twarz uśmiech.
Spojrzała na mnie rozbawiona.
-Siadaj - poklepała miejsce obok siebie - dobrze ci to zrobi.
Zrobiłam co mi kazała. Wyjaśniła mi jak mam usiąść, i ułożyć ręce.
-Medytacja jest bardzo ważna w naszym życiu - spojrzała mi w oczy - musisz wejrzeć w głąb siebie. Odnaleźć w sobie spokój. To trudna sztuka, ale bardzo pomocna. Wiele problemów rozwiązałam, szukając odpowiedzi podczas medytacji.
Zamknęłam oczy i wzięłam głeboki wdech.
-To jest jak magia - wyszeptała pani Rodriguez.
Uśmiechnęłam się delikatnie.
Medytowałyśmy dwadzieścia minut, potem wstałyśmy by zrobić śniadanie.
-Zawsze pani medytuje na pusty żołądek?
Zaśmiała się melodyjnie.
-Nie, zawsze jak mój mąż jest poza domem. Nienawidzi kiedy to robię, uważa, że to strata czasu. A dziś poszedł na poranny spacer.
Spojrzałam na nią, zupełnie nie wiedząc co powiedzieć, więc milczałam. Zrobione grzanki, sałatkę i sok postawiłam na stole.
-Wiesz gdzie jest Pablo?
Uniosłam głowę.
-Nie. Obudziłam się i już go nie było.
Pani Rodriguez przygryzła dolną wargę i spuściła wzrok.
-Coś się stało?
Pokręciła głową.
-Nie, złotko. Wszystko jest w porządku.
Jednak przeczucie mówiło mi, że nie wszystko jest tak jak być powinno.
Pablo wrócił dopiero pod wieczór. Opadł zmęczony na kanapę i włączył telewizor.
Jego mama spojrzała na niego krytycznie.
-Gdzie byłeś?
Wywrócił oczami.
-Mamo, naprawdę nie muszę ci się już tłumaczyć.
-W takim razie powiedz mnie - zmrużyłam oczy.
Pokręcił głową.
-Dziewczyny, poszedłem się spotkać ze starymi kumplami. Co w tym złego?
Odłożył pilota, wstał i wyszedł.
Jego mama pokręciła głową.
-Czasem mam wrażenie, że pod jego absurdalnymi reakcjami kryje się coś więcej.

Do Hiszpanii wróciliśmy po tygodniu. Zaczęłam szukać sobie lepszej pracy, bo z pensji kelnerki nie pociągnęłabym za długo - szczególnie, że teraz wypadałoby zbierać pieniądze na ślub. Jednak co mogłabym robić, jeśli moją jedyną szkołą był Hogwart?
Amanda zaproponowała mi zaczarować dyrektora jakiejś uczelni, bym miała większe możliwości. Chciałam po prostu iść na studia, ale przypomniałam sobie, że nie byłam nawet w podstawówce. Chyba przyszedł czas na ostateczne metody. 
-Kim chcesz być? W tym momencie możesz sobie wybrać.
Spojrzałam na Amandę i zamyśliłam się. Od zawsze kochałam gotować.
-Chciałabym być szefem kuchni jakiejś dobrej restauracji.
Amanda klasnęła dłońmi.
-I pięknie! Idź, zaczaruj dyrektora jakiejś uczelni, żeby wydał ci stosowne papiery, i leć szukać pracy.
-Wciąż wydaje mi się, że to nieuczciwe...
Moja przyjaciółka zacmokała.
-Zostałaś siłą odsunięta ze swojego świata. Nie musiałabyś tego robić, gdybyś mogła żyć z magią na porządku dziennym. Musisz jakoś sobie poradzić.
Ten argument mnie przekonał. Położyłam się spać z planem na następny dzień.

~*~

Witajcie! 
Ten rozdział miał być spokojniejszy, i jest. Mam nadzieję, że zadowoliłam te osoby, które ostatnio zadowolone nie były... ;)
Dziękuję bardzo @SmallerThanDot za cenne poprawki w rozdziale oraz za przywrócenie mi wiary w pisanie. Dziękuję również bardzo mocno @cuddlewithyouxx za pokazanie mi, że to opowiadanie może się jeszcze komuś podobać ;)
Śmiało piszcie do mnie, nie tylko w komentarzach, ale i na tt :3

Pozdrawiam, Nita

wtorek, 29 lipca 2014

Rozdział VII

Przez następne kilka dni Pablo nie przychodził do restauracji, ani się nie odzywał. Jakby zapadł się pod ziemię. Z jednej strony się cieszyłam, bo strachem napawała mnie sama myśl, że miałabym go spotkać. Z drugiej strony czułam niepewność, bo nie wiedziałam gdzie jest u kiedy się w końcu pojawi. Cały tydzień chodziłam przerażona, każdy wydawał mi się podejrzany, ciągle oglądałam się za siebie. Podczas jednej z lekcji hiszpańskiego, które dawała mi Amanda, przerwała i spytała mnie co się stało na randce z Pablo.
-A niby co miało się stać?
-Zachowujesz się jakoś inaczej.
Machnęłam ręką.
-Wydaje ci się. Jestem tylko trochę przepracowana.
I więcej nie spytała.
Pablo przyszedł do restauracji dwa tygodnie po spotkaniu. Tego dnia miałam wyjątkowo mało ludzi do obsłużenia, więc gdy mnie poprosił, usiadłam z nim przy jednym ze stolików.
-Przepraszam cię za to co się stało pod koniec randki. Zareagowałem trochę agresywnie, ale to dlatego że trochę przeszedłem i strasznie się o ciebie bałem.
-Przecież nic mi się tu nie może stać, znam drogę do domu.
-Nie o to mi chodzi - westchnął i potarł czoło, usilnie się nad czymś zastanawiając. -Straciłem kiedyś kogoś bardzo mi bliskiego.
-Jeśli nie chcesz o tym mówić...
-Chcę - przerwał mi i rozejrzał się. -Ale nie tutaj. Pójdziemy na spacer jak skończysz pracę?
Zawahałam się. Spojrzałam w jego oczy, przepełnione bólem. Kiwnęłam głową.
Późnym wieczorem szliśmy przez pusty park, a ja słuchałam opowieści Pablo.
-Mam dwadzieścia pięć lat, to niedużo jak na kogoś, kto przeżył już małżeństwo... - przerwał i spojrzał na moją zdziwioną minę. -W liceum zakochałem się w najpiękniejszej dziewczynie na świecie. Ale była też wyjątkowo mądra i silna. Wychowywała się w sierocińcu, ale dla mnie to nie miało znaczenia. Chciałem jej pomóc, zaopiekować się nią, sprawić by poczuła się kochana.
Urwał i spojrzał przed siebie, wspominając. Milczałam.
-Kochałem ją najmocniej na świecie, a w końcu i ona pokochała mnie. Kiedy skończyliśmy szkołę, namowiłem ją na studia. Bała się, że nie da sobie rady, jednak się zgodziła. Była najlepsza w swojej grupie, dostawała najlepsze oceny. Byłem tak bardzo z niej dumny.
Głos mu się załamał. Przełknął z trudem ślinę i mówił dalej.
-Ja w tym czasie pracowałem, zarabiałem na dom. Kiedy mieliśmy dwadzieścia dwa lata, wzięliśmy ślub. Skromny, zaprosiliśmy tylko moich rodziców i znajomych z jej studiów. Nie miało dla nas znaczenia nic poza tym, że będziemy już oficjalnie małżeństwem. Rok temu w czerwcu, kiedy była tak blisko ukończenia szkoły, wybraliśmy się na spacer, wieczorem.
Przerwał i usiadł na trawie, wpatrując się w niebo. Zrobiłam to samo.
-Nie chciała. Powtarzała, że chce się uczyć. Ale ją namowiłem. Poszliśmy do parku, chodziliśmy i wspominaliśmy stare czasy. Było ciepło i przyjemnie, czułem się niesamowicie szczęśliwy.
Pokręcił głową i spojrzał na mnie.
-Nagle o coś się pokłóciliśmy, już nawet nie pamiętam o co. Chciałem ją przeprosić, ale wyrwała się z mojego uścisku i pobiegła w stronę bocznych uliczek. Zniknęła za zakrętem, a ja pobiegłem za nią. Jednak nie mogłem jej znaleźć. Wróciłem do domu, wiedząc, że w końcu przyjdzie. Nie przyszła.
Po jego policzkach popłynęły łzy. Schował twarz w dłoniach.
-Co się stało? - spytałam cicho.
-Jej ciało znaleziono dwa dni później w lesie. Okazało się, że została zgwałcona i zamordowana chwilę potem.
Zatkałam sobie usta dłonią. Zamknęłam oczy, by nie dopuścić do wylewu łez. Po chwili je otworzyłam i spojrzałam na Pablo. Uniosłam jego głowę do góry, rozsunęłam jego dłonie i mocno go przytuliłam.
-Bardzo mi przykro - wyszeptałam.
Podniósł głowę. Już nie płakał.
-Mam nadzieję, że rozumiesz dlaczego nie chciałem puścić cię samej. Zależy mi na tobie. Po raz pierwszy zależy mi na kimś od czasu śmierci Evy.
Spojrzałam w jego zielone oczy.
-Nie chciałbym cię stracić.
-Nie stracisz - wyszeptałam i delikatnie go pocałowałam. Ten pocałunek przerodził się w bardziej namiętny. Zupełnie zapomniałam o tym co czułam ostatnimi czasy, czego się bałam. Wszystko zniknęło. Teraz czułam tylko miłosne uniesienie, szczęście z przebywania z Pablo. Nie chciałam by ta chwila się skończyła. Już nawet nie myślałam o Severusie. Liczył się Pablo, który o mnie dbał, przy którym czułam się najszczęśliwsza.
Odprowadzał mnie po każdym spotkaniu, czasem nawet po pracy. Nie przeszkadzało mi to, napawałam się każdą chwilą, którą spędzaliśmy razem.
Tak trwały miesiące, z każdym dniem nasz związek się tylko wzmacniał. Amanda już nie wspominała o Severusie, a ja nawet o nim nie myślałam.
Równy rok od dnia, w którym rozpoczął się nasz związek, Pablo zabrał mnie do swoich rodziców do Ameryki. Jak tylko przekroczyłam próg domu, jego mama stała z otwartymi ramionami.
-Maddie, jak miło cię w końcu poznać! - przytuliła mnie mocno i po chwili odsunęła się, by mnie dokładnie zilustrować.
-Jesteś tak śliczna jak Pablo mi opowiadał - puściła do mnie oczko z uśmiechem.
Była to kobieta w moim wzroście, miała czarne, sięgające do pasa włosy, i uśmiech Anioła, mimo potwierdzających jej wiek zmarszczek. Była tak chuda, że miałam wrażenie jakby nawet najlżejszy wiatr mógł ją zwalić z nóg.
Zaprowadziła mnie do salonu, gdzie siedział ojciec Pablo. Zerwał się z fotela i podszedł do mnie. Podał mi dłoń w milczeniu. Uścisnęłam ją.
-Miło mi pana poznać.
Kiwnął głową i usiadł z powrotem na fotelu. Pablo zabrał mnie na taras.
-Mówiłem ci, że mój ojciec nie lubi moich dziewczyn - pokręcił głową - uważa, że to kobiety sprawiły, że nie zostałem lekarzem jak on.
Pablo zaśmiał się.
-Jednak powiedziałem mu, że nie ma co marzyć o mojej karierze.
-I co zrobił?
-A co mógł zrobić? Wyjechałem spełniać marzenia, nie miał nic do gadania.
Obejrzał się i spojrzał przez okno na ojca, który siedział wpatrzony w jakiś obraz.
-To twoje dzieło?
Kiwnął głową.
-Dałem mu to na dzień ojca.
-Powiesił to w salonie, czyli jednak coś to dla niego znaczy.
-Podejrzewam tu interwencję mamy.
Westchnęłam. W tym momencie usłyszeliśmy jak pani Ramirez woła syna. Wstał, pocałował mnie w czoło i wszedł do domu. Rozejrzałam się. Gdy tylko przejechaliśmy przez osiedle, czułam, że to nie jest życie rodziny, w jakim dorastałam ja. W życiu nie byłam na tak bogatym osiedlu. Kiedy zatrzymaliśmy się przed domem jego rodziców, zaparło mi dech w piersi. Była to typowa amerykańska willa. Przechodząc przez próg, wiedziałam, że będę musiała się postarać, żeby zaimponować rodzinie "na poziomie". Dawno się tak nie bałam jak wtedy. Jednak przy pierwszym spotkaniu mamy Pablo cały strach zniknął. Gorzej z ojcem, jednak starałam się tym nie przejmować.
Ogród był zadbany, pełen kolorowych kwiatów, po prostu śliczny. Uwielbiałam takie miejsca. Usiadłam na ławce na środku ogrodu, zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie na chwilę totalnego odpoczynku.
Wieczorem Pablo zabrał mnie na lot balonem. Staliśmy tam objęci tylko we dwójkę i oglądaliśmy przepiękne widoki.
-Kocham cię - wyszeptalam i oparłam głowę o jego ramię.
-Maddie, spójrz na mnie.
Zdziwiona odwróciłam się do niego całym ciałem. On uklęknął przede mną. Zatkalam sobie usta dłonią - od razu wiedziałam co nastąpi.
Pablo wyjął z kieszeni pierścionek.
-Maddie, bałem się, że nikogo nie pokocham tak mocno jak Evy, jednak pojawiłaś się ty. Jesteś moim zbawieniem, uratowałaś mnie od wiecznej żałoby. Jestem pewien, że chcę spędzić z tobą resztę życia. Zostaniesz moją żoną?
Już otworzyłam usta by powiedzieć to jedno ważne słowo, byłam w nim zakochana tak mocno jak w Severusie, więc nie mieliśmy na co dłużej czekać.
Nagle usłyszałam szmer w głowie, i jakiś głos. Głos, który znałam tak dobrze jak swój, który kiedyś był dla mnie podporą w każdej ciężkiej chwili.
-Nie... Lily proszę nie... - wyszeptał Severus w mojej głowie.

~*~
 
Cześć :3
Mamy rozdział siódmy. Nie jest tak ciekawy jak mi się wydawało kiedy tworzyłam go w głowie... jednak mam nadzieje, ze nikogo nie zawiodłam.
Ta końcówka, jest taka... taka dziwna nawet dla mnie, jednak wybrałam to, bo poczułam, że tak musi być i koniec. Nie wiem skąd to przekonanie.
Zapraszam do komentowania ;)
Pozdrawiam, Nita

środa, 16 lipca 2014

Rozdział VI

Kiedy wychodziłam z restauracji byłam pewna, że moja taksówka już czeka, jednak się przeliczyłam. Z tego co mówiła mi kucharka takie deszczowe dni zdarzały się w Hiszpanii bardzo rzadko. Kiedy to mówiła miała minę w stylu "kiedy byłaś daleko, deszcze również". Chociaż to może być tylko moje wyolbrzymienie. Lubię tę kobietę, jest dla mnie jak ciocia. Kiedy mam zły humor zawsze znajdzie sposób żeby mnie rozbawić. A kiedy zdarzy się dzień, że jest mało klientów to uczy mnie gotować. To niesamowite jak ciężko się to robi bez magii.
Zaśmiałam się pod nosem.
Tak więc, czekając na taksówkę, stałam w deszczu, już przemoknięta. Kiedy wsiadałam, taksówkarz mruknął pod nosem coś o mokrych siedzeniach, ale nie odezwał się do mnie całą drogę.
Wysiadłam pod domem Amandy, i kiedy upewniłam się, że nikt nie patrzy, jednym prostym zaklęciem wysuszyłam sobie ubrania. W progu powitał mnie zapach naleśników. Weszłam do kuchni i przytuliłam koleżankę.
-Mówiłam ci, że cię kocham?
Dziewczyna zaśmiała się.
-Nie podlizuj się tak.
Podczas obiadu opowiedziałam jej o zajściu w restauracji.
Amandzie zabłysły oczy.
-Randka?
Pokręciłam głową, przeżuwając ostatni kęs. Przed oczami stanął mi obraz przystojnego Hiszpana, w rozczochranych, czarnych włosach i błękitnych oczach. Jego piękny uśmiech...
-Raczej oprócz ciebie nie mam tu żadnych znajomych, także odbieram to jako szukanie przyjaciół.
Blondynka odłożyła widelec i spojrzała na mnie uważnie.
-A Severus?
Wstałam i skierowałam się w stronę zlewu.
-Jaki Severus?
Machnęłam różdżką i czyste już talerze same opadły na suszarkę. Szybko wyszłam z kuchni, czując na sobie krytyczne spojrzenie przyjaciółki.
Nadeszła sobota. Wstałam o ósmej i zaczęłam żałować że zgodziłam się na spotkanie. Nie dość że nie mam pojęcia kto to jest, to jeszcze nie ustaliliśmy gdzie się spotkamy. Przeklinałam się w duchu za swoją lekkomyślność. Jednak nie miałam wyjścia. Za dziesięć dziesiąta stałam przed wejściem do restauracji, wyglądając za Hiszpanem. Równo o dziesiątej wyszedł zza rogu z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Cześć.
Na widok jego radości aż sama się uśmiechnęłam. Od razu zwróciłam uwagę na to, że mimo upału ma ubraną koszulę z rękawami do nadgarstków.
Pomyślałam, że nie będę o to pytać. Co jeśli ma jakąś chorobę czy coś, i wyjdzie nietaktownie?
-Miło cię widzieć. Gdzie idziemy?
Kiwnął głową w stronę centrum. Poprawiłam okulary przeciw słoneczne i ruszyliśmy.
-Jestem Pablo. Poznam twoje imię?
Uniosłam brwi. W ostatniej chwili się powstrzymałam przed powiedzeniem "Lily". Przecież mam inną tożsamość...
-Maddie - przygryzłam dolną wargę, mając nadzieję, że nie zauważył mojego zawahania.
-Skąd jesteś?
-Z Anglii.
Uśmiechnął się z rozmarzeniem.
-Kocham ten kraj. Zawsze chciałem tam pojechać.
Coś w jego akcencie przestało mi pasować. Jeszcze kilka dni temu mówił łamanym angielskim, a teraz nie było po tym śladu.
Chodziliśmy po centrum, Pablo opowiadał mi różne ciekawe legendy, wygłupialiśmy się w budce do robienia zdjęć, aż w końcu usiedliśmy nad jeziorkiem. Odetchnęłam czystym powietrzem.
Z każdą godziną coraz swobodniej się przy  nim czułam. Zupełnie zapomniałam o moich wątpliwościach, oraz o tym jak krótko go znam. Miałam wrażenie, jakbym już kiedyś go spotkała.
Spojrzałam w błękitne niebo.
-Wspaniale się dziś bawiłam.
Uśmiechnął się i pogłaskał mnie po policzku.
-Cieszę się - zamilkł na chwilę - mogę liczyć na kolejne spotkanie?
Spojrzałam na niego i pocałowałam go w policzek. On założył mi kosmyk blond włosów za ucho i zaśmiał się.
-Odbieram to jako "tak".
Następne kilka dni to było dla mnie oczekiwanie na kolejne spotkanie. Byliśmy umówieni o 16 przy budce ze zdjęciami w piątek. Po pracy szybko skończyłam wziąć prysznic, zrobiłam makijaż i ubrałam się w moim starym stylu - czyli kolorowa bluzka, krótkie spodenki i trampki. Było za gorąco na inny zestaw. Kiedy zbiegałam po schodach, Amanda stała oparta o framugę.
-Nie podoba mi się ten gość.
Uniosłam zdziwiona brwi.
- A to dlaczego?
-Po prostu mam wrażenie, że coś jest z nim nie tak... - podeszła do mnie i spojrzała mi w oczy - to dziwne, że tamtego dnia zostawił kumpli i stwierdził, że cię zaprosił na randkę, do tego nagle zaczyna się posługiwać idealnym angielskim. Lily coś tu jest nie tak.
Przygryzlam dolną wargę, czując, że ma rację. Jednak pokreciłam głową.
-Może to tylko wrażenie.
Amanda westchnęła.
-Jak sobie chcesz.
Tego dnia zabrał mnie na piknik. Usiedliśmy na trawie i zaczęliśmy rozmowę. Opowiedział mi o swoim dzieciństwie w rodzinie zastępczej, w Anglii - to dlatego zna angielski. Przyjechał tu szukając swojej prawdziwej rodziny, i choć jej nie znalazł, to został.
Kiedy spytał mnie o moją przeszłość, na chwilę się zamysliłam. Co mam mu opowiedzieć?
W moim życiu od zawsze była magia. Opowiedziałam mu o życiu, jakie byłoby gdybym nie była czarownicą - w podstawówce pilna uczennica, w szkole średniej buntowniczka, a college skończyłam ze średnimi ocenami.
Byłam dobrym kłamcą, umiałam kłamać w żywe oczy od zawsze. Zawsze wydawało mi się to złe, teraz byłam sobie za to wdzięczna.
W pewnym momencie jakieś dziecko rzuciło piłkę, która spadła prosto na Pablo, delikatnie podsuwając do góry rękaw jego koszuli. Ujrzałam na jego skórze kawałek jakiegoś czarnego tatuaża. Zerwał się I zaczął krzyczeć na dziecko.
Wstałam i położyłam mu dłoń na ramieniu.
-Nic się przecież nie stało - powiedziałam cicho. Odetchnął i usiadł.
-Masz tatuaż?
Miałam dziwne przeczucie, że znam ten wzór. Co prawda nie widziałam go całego, jednak z czymś mi się kojarzył.
Pablo pokręcił głową.
-Wydawało ci się - powiedział chłodno - chodź, odprowadzę cię.
Zmarszczyłam czoło zupełnie zaskoczona jego zachowaniem. Nie chciałam żeby wiedział gdzie mieszkam, szczególnie po jego dzisiejszym zachowaniu. Powiedziałam mu, że muszę coś jeszcze załatwić na mieście, a on złapał mnie mocno za ramię.
- Odprowadzę cię.
Powiedział to stanowczo, jednak nie agresywnie. W jego oczach ujrzałam coś niepokojącego. Chcąc nie chcąc dałam się odprowadzić. Po powrocie nic nie opowiadałam Amandzie o końcu spotkania, tylko o tej przyjemnej części.
Zasnęłam z dziwnym poczuciem strachu.

~*~

a oto i rozdział VI!
Długo nie miałam na niego weny, wymyśliłam kilka wersji, jednak stanęło na tym. I wybaczcie błędy, piszę na telefonie.
Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam. Nie chce od razu zdradzać kim jest Pablo, jednak musiałam zasiać trochę niepewności ;)
Dziękuję za wejścia, jest ich coraz więcej ^^
Śmiało możecie się ze mną kontaktować, wszystko jest w zakładce "Kontakt".
Pozdrawiam, Nita

sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział V

Moja pierwsza reakcja na magiczną naturę Amandy to totalne zaskoczenie. Zaraz potem ekscytacja i w pewnym stopniu ulga, że nie jestem sama, że mogę być z nią szczera, że mnie zrozumie.
Mimo wczesnej pory żadna nie chciała spać. Usiadłyśmy na kanapie od początku wszystko sobie opowiadając. Dowiedziałam się, że jest w podobnej sytuacji. Żyje sama, bo jej mąż został zamordowany rok temu w starciu z jednym ze śmierciożerców. Jednak po wysłuchaniu mojej historii stwierdziła, że ja też jestem w kiepskiej sytuacji.
-Lily, co teraz zrobisz?
Potarłam czoło i westchnęłam.
-Zapomnę o nim - Właśnie to powinnam zrobić. Zapomnieć, tak jak mówiła Narcyza.
-Nie zgadzam się.
Uniosłam brwi.
-Co?
-Lily... - złapała moje dłonie w swoje - o miłość zawsze trzeba walczyć.
Zamknęłam oczy i westchnęłam. Pomyślałam o tym, że Severus teraz cierpi, nie wiadomo jak daleko stąd, że go męczą, torturują, lub może już go zabili.
Przeszły mnie dreszcze. Otworzyłam oczy.
-Jeśli żyje, to myśli, że ja nie żyję. Ta miłość umarła - wyszeptałam z bólem.
Amanda pokręciła głową.
-Ta miłość nie umrze nigdy, choćbyście oboje leżeli już w trumnach - uśmiechnęła się słabo. -Lily, znajdź go.
Zmrużyłam oczy.
-Severus jest teraz gdzieś daleko, i robi coś złego dla śmierciożerców. To nie ma prawa się udać.
-Jesteś uparta - Amanda wstała i ruszyła w stronę schodów - straciłam Jake'a. Gdyby żył, robiłabym wszystko, by znów był ze mną.
Na te słowa odwróciła się i poszła do swojego pokoju.
Opadłam na oparcie kanapy. Nie umiałam sobie tego wyobrazić. Szukać Severusa, z nikłą nadzieją, że jeszcze żyje, lub wywiązał się z zadania, które dostał od śmierciożerców. Nie widziałam ani sensu, ani szansy na szczęśliwe zakończenie. Muszę się z tym pogodzić. Severus i ja nie jesteśmy sobie pisani. Muszę kogoś poznać, i zacząć życie na nowo.
Od porannej rozmowy, Amanda nie poruszała tego tematu, a ja byłam jej za to wdzięczna. Postanowiłam zapomnieć, i tego się trzymałam. Chodziłam do pracy, pomagałam Amandzie w sprzątaniu domu, i żyłam jak każdy inny.
Każdego wieczoru zastanawiałam się co się stało z Luną. Czy jej ojciec poczuł, że coś jest nie tak i wrócił szybciej do domu, czy dziewczynce coś się stało? Ciarki przechodziły po moim ciele, gdy wyobraziłam sobie blondyneczkę samą w domu, płaczącą za matką. Jednak nie mogłam wrócić, nawet nie wiedziałam jak, ich dom odporny był na podstawową magię, w tym deportację.
W pewien wyjątkowo deszczowy dzień, kiedy klienci w restauracji przesiadywali dwa razy dłużej niż zwykle, miałam ogromną ochotę wrócić do domu, położyć się do łóżka i nie wychodzić. Krople deszczu spływały powoli po szybach, jakby ścigając się ze sobą. W pomieszczeniu był duży gwar, ludzie, mimo pogody, śmiali się i żartowali. A ja biegałam od stolika do stolika, starając się wszystkich obsłużyć. Zaczęły boleć mnie nogi, i w głowie mi dudniło od tego hałasu. Kiedy miałam sekundę, żeby usiąść, nagle jakiś chłopak podniósł rękę, gestem mnie przywołując. Zebrałam zamówienie i poszłam do kuchni.
-Cztery duże lemoniady.
Powiedziałam z trudem oddychając. Kucharka spojrzała na mnie z politowaniem.
-Czemu szef nie zatrudni kogoś do pomocy? - spytała z wyrzutem i zabrała się za wlewanie lemoniady do szklanek.
Pokręciłam głową.
-Dam sobie radę - zamrugałam kilka razy i przywróciłam ostrość obrazu przed oczami. Złapałam tacę i przeszłam do drugiego pomieszczenia. Zaczęłam lawirować między stolikami, by dostać się na drugi koniec. Zauważyłam, że jeden z chłopaków z przedostatniego stolika podstawia mi nogę. Nie zdążyłam się zatrzymać i runęłam jak długa do przodu. Wszystkie napoje wylały się na stolik, oraz mężczyzn siedzących przy nim. Zerwali się i zaczęli krzyczeć. Wykręciłam fartuch i stanęłam na przeciwko tego, który wypadek spowodował. Spojrzałam mu prosto w oczy.
-Gratuluję - wyszeptałam i pobiegłam po mopa. Cała sala ucichła, wpatrywali się w grupę znajomych, którzy zbierali się do wyjścia. Podeszłam do stolika i zaczęłam zbierać lemoniadę. Czułam jak palą mnie policzki, i miałam ochotę zniknąć. Ludzie powoli zaczęli wracać do swoich rozmów, gwar znów przybrał na sile. Usłyszałam rozmowę chłopaków, którzy już stali przy wyjściu, jednak mówili po hiszpańsku, a ja wciąż nie radziłam sobie z tym językiem. Po chwili ktoś kucnął obok mnie i wziął ode mnie szczotkę.
-Pomogę - powiedział z hiszpańskim akcentem, jednak po angielsku.
Wspólnie zebraliśmy wszystko, co się rozlało. Złapałam szklanki i odstawiłam na tacę.
-Dziękuję - chłopak machnął ręką. Dopiero teraz zauważyłam, że był to jeden z tej bandy, która chwilę temu wyszła. Miał rozczochrane, brązowe loki, zielone oczy i piękny uśmiech. Przełknęłam ślinę.
-Ty i ja, sobota, dziesiąta? - zaśmiałam się serdecznie, słysząc jego łamany angielski. Domyśliłam się, że ciężko mu mówić po angielsku. Pokiwałam głową i odwróciłam się, by odnieść tacę ze szklankami.

~*~

oto i piąty rozdział.
wiem, że nic ciekawego się tu nie stało, jednak nie w każdym rozdziale może dziać się coś ekscytującego, bohaterowie też potrzebują odetchnąć ;) 
mam nadzieję, że nie jesteście na mnie źli, za tak długą przerwę - jestem pewna, że większość z Was myśli, że opuściłam tego bloga - a jednak!
jestem ogromnie zaskoczona ilością wejść! ponad dwa razy więcej niż kiedy pisałam poprzedni rozdział - to znaczy, że mimo braku odzewu, wciąż sprawdzaliście, czy coś nowego się nie pojawiło, a może i dużo osób zaczęło czytać. W każdym razie jestem niesamowicie szczęśliwa widząc tak dużą liczbę wejść. dziękuję :>

Pozdrawiam, Nita.